poniedziałek, 4 maja 2009

Smakosz biurowy: manifest


Każde smakoszostwo musi liczyć się ze swoimi ograniczeniami.

Smakoszostwo francuskie może zadowalać swe podniebienie ślimakami, żabimi udkami i foie gras. Smakoszostwo portugalskie opływa w owoce morza, które wysyca smakiem czosnku i wina. W przeciwieństwie – smakoszostwo japońskie doprawia owoce morza umiarkowanie, troszcząc się raczej o ich pierwotny smak. Smakoszostwo włoskie ma pod dostatkiem sera wszelkiego typu. Smakoszostwo polskie w końcu raczy swój gust kotletem, burakiem i kwaszeniakiem.

To w kwestii smakoszostw regionalnych. A są i inne… Smakoszostwo bogate nie ma ograniczeń. Inaczej smakoszostwo burżujskie, które łaknie wyłącznie drożyzny, a nie dba o jakość. Smakoszostwo ubogie wybiera natomiast bary mleczne, bistra, jadłodajnie. Nie zapomnijmy o smakoszostwie pośpiesznym, które zapycha żołądek i smakoszostwie ślimaczym, które po brzegi napełnia kubki smakowe.

Należy w końcu wspomnieć o najsmutniejszym, najuboższym i najtrudniejszym w utrzymaniu rodzaju smakoszostwa – smakoszostwie biurowym.

Ten straszny rodzaj smakoszostwa musi zadowalać się tym, co jest, okruchami i dziesiątą wodą po kisielu. To właśnie dla tego rodzaju smakoszostwa (nie, jak się sądzi, dla smakoszostwa pospiesznego) stworzono dania instant: obiadki, kisielki, budynie i kaszki.

Smakosz biurowy staje przed skomplikowanym zadaniem: chciałby, ale nie może, mógłby, ale nie ma czasu, znalazłby czas, ale brak mu środków. Oto dla biurowego smakosza dramat dnia codziennego. Kto kiedy w takim miejscu pracował, smakoszem będąc, wie, o czym mowa. Sałatki przyniesione z domu – przetrawione przez czas podróży i wstrząsy komunikacyjne. Zupa w słoiku piąty raz w tygodniu – niczym kula u nogi. Wykwintne dania – kiedy przyrządzać, gdzie znaleźć czas, zapał, ambicję. Zamawiać – za drogo, zbyt monotonnie, często niesmacznie.

Prawdziwy smakosz zna jednak przeciwności losu. Nie narzeka na brak ryb, gdy kładą przed nim pieczoną cielęcinę. Nie pragnie risotta, gdy biesiaduje przy przednim rosyjskim pierogu. Nie wychwala sushi, kiedy spożywa smażony panir. Tak oto i przed biurowym smakoszem nielada wyzwanie: musi sprostać monotonni, biedzie i żałości smaków i aromatów biurowych i zamiast płakać nad kromką uschniętego chleba, wczorajszej kanapki, poszukiwać smaku nawet tam, gdzie pozornie go być nie może.



Tak oto zrodziła się idea Leksykonu Zupek Chińskich, które wszak są codziennym pożywieniem biurowego łasucha. Zamiast biadolić, przeszliśmy do rzeczy i dzięki wietnamskim fascynacjom jednej z koleżanek, dotarliśmy do królestwa zupek, które smakosza prawdziwie cieszą, gdyż, w przeciwieństwie do znanych nam knorrów i vifonów, posiadają różnorodność smaków, aromatów, a nawet klusków. Prawdziwe tajskie zupki błyskawiczne…

3 komentarze:

synafia pisze...

Jak skończysz z zupkami, trzeba będzie zrobić rankingi:
hot dogów na stacjach
dań dostępnych "u Chińczyka"
kisielków
kupnych pierożków
resztek serwowanych przez hojnych szefów.

Smakoszostwo biurowe jest może skromne, ale nie mniej różnorodne od innych smakoszostw.

Tomasz pisze...

O! faktycznie, koniecznie trzeba zrobić leksykon Resztek-Ze-Stołu-Pańskiego!!

maliboo pisze...

Toż to wymówki są jeno Tomaszu;]

Prawdziwy smakosz;) znajdzie miejsce na swoim biurku nawet na grilla. Nie mówiąc juz o parowarze na parapecie!

;o)